1
Bardzo się cieszę, że dziś po południu mogę być tutaj, by mówić do was o Panu Jezusie Chrystusie, Synu Boga. Ufamy, że będzie to dla nas wszystkich wspaniały dzień. Przyjeżdżając do waszej - w te odwiedziny przyjechałem bardzo zmęczony. Nie byłem w najlepszej kondycji. Przybyłem tu prosto z wielkiego zgromadzenia w Stanach Zjednoczonych. Dlatego jestem wam wdzięczny za to, że znosicie moje niedomagania. Lecz dałem z siebie wszystko i ufam, że Bóg uczyni dla was coś bardzo wielkiego.
Nie wiecie jak bardzo się cieszę, gdy słyszę, że przybyło tu wielu Niemców i Francuzów. Pragnę kiedyś odwiedzić także wasz kraj - jeśli Pan pozwoli i będziecie sobie tego życzyć. Modlę się więc, żeby to wszystko się dobrze potoczyło.
2
Po moich zgromadzeniach, przybędzie tu mój przyjaciel, Tommy Hicks. Bardzo mało go znam, lecz on... to co o nim wiem, to to, że jest wspaniałym człowiekiem i prawdziwym - prawdziwym chrześcijaninem... Przyjdźcie, by go posłuchać. W Ameryce mam jeszcze jednego przyjaciela, którym jest Oral Roberts. To jeszcze jeden... Jest jednym z ludzi, których nawróciłem do Boskiego uzdrowienia. Wielu z nich, ze zgromadzeń mamy... Pan wzbudził około 500 kaznodziejów Boskiego uzdrowienia.
Cieszymy się więc, że tutaj po drugiej stronie możemy spotkać przyjaciół, którzy wierzą w to samo poselstwo. (Przerwa w nagraniu - wyd.) Polecam wam Tommy Hicksa. Przyjmijcie go w imieniu Pana Jezusa. Będzie usługiwał po tych zgromadzeniach. Otóż brat Tommy nie jest widzącym, lecz jest kaznodzieją Ewangelii i ma dużo wiary w Jezusa. Dlatego właśnie miłujemy go, bo on miłuje Jezusa.
3
Otóż, dzisiejsze popołudnie zostało poświęcone, bym opowiedział swój życiorys dotyczący lat wczesnych. Kiedy tu przybędę następnym razem, pragnę wam przywieźć zdjęcie Anioła Pańskiego, które wykonał w Ameryce świat nauki. Jest to dzisiaj napisane, świat nie może temu zaprzeczyć. Wielokrotnie ludzie mówią: „Nie wierzę w to, kaznodziejo”, nie wierzą bowiem w Boga. Muszą jednak uwierzyć naukowcom, bo zostało to naukowo udowodnione. Nie mają więc wymówki. Kiedyś będą musieli stanąć przed Bogiem.
4
Chciałbym wam zadać pewne pytanie. Jaki pożytek miałbym z przybycia do waszego kraju jako opowiadający nieprawdę obłudnik? Jaką miałbym z tego korzyść? Czy biorę pieniądze? Nie. Nie biorę pieniędzy w Ameryce. Jestem biednym człowiekiem, przybyłem tu po prostu dzięki innym ludziom. Mam czworo dzieci, żonę i muszę mieć dla nas tylko tyle, byśmy mieli co jeść. Ubrania podarowali mi inni. Nie mam więc żadnego powodu, by tu przybyć i coś fałszywie przedstawiać. Przybyłem tu, bo w swoim sercu was miłuję i pragnę, byście kochali Jezusa. Z tego powodu przyjechałem.
Czy wiecie, że gdybym tu przybył jako zwodziciel, czy uświadamiacie sobie, że Bóg nie wpuściłby mnie do nieba? W niebie nie będzie żadnych zwodzicieli, w niebie nie będzie żadnych obłudników. A ja w niebie mam żonę. Mam w niebie swoje dziecko. Chcę się z nimi zobaczyć. Jeśli jednak jestem zwodzicielem, no cóż, wtedy już nigdy ich nie zobaczę. A więc jaką miałbym z tego korzyść? Wierzę w to, co głoszę, bo wiem, co to jest. Wierzę też, że gdybym tego nie głosił, z pewnością nie poszedłbym do nieba. Z tego więc powodu jestem tutaj.
5
Przeczytamy teraz fragment Pisma znajdujący się w 13. rozdziale Listu do Hebrajczyków, od 10. do 14. wiersza. Otóż, słuchajcie uważnie czytanego Pisma. Mój tekst jest w 14. wierszu.
Mamy ołtarz, z którego nie mają prawa jeść ci,
którzy służą przybytkowi.
Albowiem ciała tych zwierząt, których krew arcykapłan
wnosi do świątyni za grzech, spala się poza obozem.
Dlatego i Jezus, aby uświęcić lud własną krwią, cierpiał poza bramą,
Wyjdźmy więc do Niego poza obóz, znosząc pohańbienie Jego.
Albowiem nie mamy tu miasta trwałego,
ale tego przyszłego szukamy.
6
Jestem za to bardzo wdzięczy. „Nie mamy tu miasta trwałego, ale tego przyszłego szukamy. Właśnie to wszyscy czynimy”. Kiedy brat to czytał, zastanawiałem się, patrząc na siedzące tu wzdłuż masy chorych ludzi. Ja nie utrzymuję, że jestem uzdrowicielem. Sami jesteście świadkami. Już od pierwszego wieczora aż do teraz mówię, że nie jestem uzdrowicielem. I nie ma takiego drugiego człowieka, który byłby nim. To jest Jezus Chrystus i wasza wiara w Niego. Gdybym tylko miał - gdybym tylko miał tę moc, zaraz bym zszedł tutaj i uzdrowił każdego z tych chorych ludzi. Nie mam tej mocy. Nikt inny jej nie ma. Jeśli ktoś zostanie uzdrowiony, stanie się to przez ich osobistą wiarę w Jezusa Chrystusa. Jezus przynosi swoje Słowo i okazuje znaki dowodzące, że naprawdę ich miłuje.
7
Lecz Boży program i umowa z ludźmi jest następująca: „Jeśli możesz wierzyć...”.
Czy przypominacie sobie tych dwóch ślepców? Oni powiedzieli: „Zmiłuj się, Panie”.
Jezus odpowiedział, kiedy dotknął ich oczu, powiedział: „Niech się wam stanie według waszej wiary”.
Do kobiety, która została uzdrowiona, a która dotknęła jego szaty, Pan powiedział: „Uzdrowiła cię twoja wiara”. To prawda.
Mężczyzna z dzieckiem chorym na epilepsję powiedział: „Zmiłuj się nad moim dzieckiem”.
Pan powiedział: „Jeśli możesz wierzyć, wszystko jest możliwe”. Bóg się nie zmienia. Ci ludzie wiedzieli, że On jest Synem Bożym.
Nikt prócz należących do kościoła w to nie wierzył. Faryzeusze, saduceusze mówili: „Nie, On nim nie jest”. Lecz ci, którzy uwierzyli, zostali uzdrowieni i zostali zbawieni. Otóż, tak samo jest dzisiaj.
8
Lecz popatrzcie, zanim miałbym próbować zabrać - zabrać jedyną nadzieję, jaką ci ludzie mają... Czy uświadamiacie sobie, że są tutaj chorzy na serce, raka, gruźlicę i nie może na to poradzić żaden lekarz? Jedyną nadzieją, jaką oni mają, jest Jezus Chrystus. A wy, którzy mielibyście próbować im ją zabrać - biada waszej grzesznej duszy. To jest tak, jakbyście zabierali głodnemu chleb. Ci ludzie chcą być zdrowi. Lekarze zrobili wszystko, co było w ich mocy. A wiedzą, że inni zostali uzdrowieni. Przyszli na zgromadzenie, by słuchać - wielu z nich otrzymało wiarę i zostali uzdrowieni. A wy mielibyście im to zabrać? Nie powinieneś tego czynić, mój bracie. Powinieneś ich zachęcić. To są ludzkie istoty. To są bracia i siostry. To jest czyjś ojciec. To jest czyjaś matka, czyjeś małe dziecko. Pomóżmy im. Nie próbujcie ich trzymać od tego z dala.
To jest mój motyw: starać się komuś pomóc. A pewnego dnia dojdę do końca drogi. Wtedy nastanie mój koniec i położę głowę na poduszce, me ziemskie uczynki będą dokonane. Oczekuję, że spotkam Go w pokoju. I mam nadzieję, że usłyszę, jak powie: „Dobrze zrobiłeś, mój dobry i wierny sługo, wejdź do Życia”.
9
Pomodlimy się? Niebieski Ojcze, pomóż nam teraz, tym, którzy znają Twego drogiego Syna. I kiedy wracam do tych miejsc, które przeszedłem na mej drodze i przypominam sobie te rzeczy na nowo w myślach i w sercu, niechby wszystkie moje błędy stały się kamieniami, po których mogliby przejść ci, którzy dziś są tutaj. I niechby przyszli do Chrystusa i zostali zbawieni, w imieniu Jezusa. Amen. (Brat Branham rozmawia z tłumaczem — wyd.)
Będę się starał was nie przetrzymywać, lecz tylko przez chwilkę. Jest teraz popołudnie, tuż przed zakończeniem zgromadzeń. Mówią, że na drugiej arenie jest przepełnienie, dlatego - dlatego ufam, że wy, którzy tam jesteście odczujecie Ducha Świętego i przyjdziecie do Pana Jezusa.
Otóż, Biblia mówi, że: „Nie mamy tu miasta trwałego, lecz tego przyszłego szukamy”. Ci, którzy przybyli tutaj z Niemiec, niezależnie od tego, że ich miasta mogły być zniszczone w czasie wojny, mimo wszystko to dla was ojczyzna. Niektórzy z Francji - obojętnie jak złe jest to miasto, jest to ciągle dom. Niektórzy z was pochodzą może gdzieś z gór i ze wsi, niezależnie jak małym był wasz dom, związane są z nim wspomnienia z waszego dzieciństwa. Każdy chce myśleć o swoim mieście lepiej. Ludzie starają się usilnie to udowodnić, lecz wszystko to jest na próżno. Nie mamy tu bowiem miasta trwałego, lecz tego przyszłego szukamy. Tego miasta właśnie szukam. Tego miasta szukamy wszyscy. Będziemy mieszkać w tym samym mieście. Tam nie będzie już strzelających karabinów i śmierci. (Przerwa w nagraniu — wyd.) ... żyć razem na wieki.
10
Kiedy się urodziłem (Przerwa w nagraniu — wyd.) ... z rodziców, którzy nie byli chrześcijanami. Przede mną, przodkowie mojego ojca i matki byli katolikami. Pochodzili z Irlandii. Wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. Lecz ojciec i matka nie chodzili do kościoła. A ja urodziłem się w górach w małej drewnianej chatce bez podłogi, lecz tylko z gołą ziemią. Nie mieliśmy stołu. Ojciec rozciął na dwoje pień, a raczej kłodę i to był nasz stół. Nie mieliśmy światła. Mieliśmy puszkę tłuszczu i w niej kawałek materiału, który palił się jako knot. W domu nie było okien, tylko małe drzwi, które się otwierało. Nasze materace w łóżku zrobione były ze słomy, były bardzo nędzne.
Matka miała 15 lat, a ojciec 18. W ten poranek, kiedy się urodziłem, 6 kwietnia 1909 roku, o piątej rano, nie było lekarza, lecz położna. I kiedy się urodziłem, ważyłem tylko 2,5 kg, byłem bardzo mały.
11
Mama chciała zobaczyć, jak wyglądam. Mała świeczka nie dawała tyle światła, otwarto więc małe okno nad łóżkiem. Na dworze było już jasno i kiedy otworzyli okno, to Ogniste Światło wpłynęło do środka . Wszyscy zaczęli płakać. Nie wiedzieli, co to znaczy. To światło było tuż nade mną.
To samo zdjęcie, które zrobiono w Ameryce, mamy je tutaj, a umieszczony na nim przez naukowców napis mówi, że jest to absolutnie nadprzyrodzona Istota. Człowiek ten powiedział, że mechaniczny obiektyw aparatu fotograficznego nie uchwyciłby psychologii. A jest to szef F.B.I. (Federalnego Biura Śledczego — wyd.). I on się nie myli. Powiedział: „To Światło padło na obiektyw aparatu”.
12
Kiedy miałem jakieś 8 lub 10 dni, matka zabrała mnie do małego kościoła baptystycznego. Był to jedyny kościół w okolicy. Była to moja pierwsza wizyta w domu Bożym. Później przeprowadziliśmy się do Indiany. Do tej pory to wszystko działo się w Kentucky. Jeszcze później, w wieku około siedmiu lat, nosiłem pewnego dnia wodę ze studni. Przechodziłem obok pewnego drzewa. Płakałem. Nie chciało mi się nosić tej wody. Chciałem z pozostałymi dziećmi iść na ryby. Kiedy jednak usłyszałem coś w drzewie, coś co przypominało głośny szum wiatru, popatrzyłem do góry. Zobaczyłem tylko jedno miejsce w drzewie o takiej mniej więcej średnicy, z którego wydobywał się odgłos wiru. Wpatrywałem się dalej i zastanawiałem się, dlaczego to pozostawało w drzewie jak mały powietrzny wir, lecz żadne z pozostałych liści się nie ruszały. Wtedy usłyszałem stamtąd z góry męski głos, który powiedział: „Nigdy nie pij alkoholu. Nie pij, i nigdy nie pal, ani nie kalaj się kobietami, bo kiedy będziesz starszy, jest dla ciebie dzieło do wykonania”. Ależ się wystraszyłem. Rzuciłem na ziemię wiadro i pobiegłem z krzykiem do domu. Wskoczyłem w objęcie matki. Powiedziałem jej, że w drzewie jest jakiś mężczyzna. Oni poszli tam popatrzyć, lecz nikogo tam nie było. Wezwali lekarza, który stwierdził, że to tylko nerwy. Mówiłem: „Nie, widziałem go i słyszałem, jak mówił”. Nigdy potem nie chodziłem koło tamtego drzewa.
13
Dwa tygodnie później grałem z bratem w kulki, kiedy poczułem, że coś na mnie przyszło. Mieszkaliśmy na pagórku, poniżej była rzeka, a dookoła bezludzie. Zobaczyłem wtedy most, który wyłonił się z tej dzikiej okolicy i zaczął wydłużać się nad rzeką. Spadło z niego do wody 16 mężczyzn i poniosło śmierć. Potem zobaczyłem wielki znak z napisem „22 lata”. Pobiegłem do domu i powiedziałem o tym matce.
Och, powiedziała: „Jesteś podniecony, synu. Zasnąłeś i coś ci się przyśniło”.
Powiedziałem: „Nie. Nie. Ja to widziałem”. Dlatego zapisali to na kartce papieru. A 22 lata później wielki most połączył oba brzegi, z którego spadło 16 mężczyzn i utonęło w rzece. Za każdym razem to jest doskonałe.
14
Kiedy poszedłem do szkoły, jako mały chłopiec, w naszej rodzinie urodziło się wiele rodzeństwa. Ojciec i matka mieli 9 chłopców i jedną dziewczynkę (9 chłopców i jedną dziewczynkę). A wtedy ta dziewczynka była niemowlęciem. Ja jestem najstarszy.
Musieliśmy bardzo ciężko pracować. Chodziłem do szkoły bardzo nędznie ubrany. Czasami szedłem, mając na jednej nodze but ojca, a na drugiej but mamy, bardzo nędznie ubrany. Kiedy brałem coś do jedzenia, był to zawinięty w coś kawałek chleba i wiaderko z jakimiś warzywami. Wstyd nam było z bratem jeść z pozostałymi dziećmi. Szliśmy do lasu, gdzie siadaliśmy, wyciągaliśmy łyżkę i każdy jadł z wiaderka, i dawaliśmy jeden drugiemu ugryźć kawałek chleba.
15
Przypominam sobie jedno Boże Narodzenie, kiedy mama zrobiła trochę prażonej kukurydzy i dała nam w małym wiaderku. Poszliśmy z nim do szkoły. A więc zrobiłem coś złego. Poprosiłem o pozwolenie wyjścia z klasy w czasie lekcji. Przechodząc przez szatnię, nabrałem z pudełka całą garść prażonej kukurydzy, wyszedłem na dwór, by ją zjeść. Chciałem się upewnić, że dostanę swoją część. Nie często ją jedliśmy, może raz na 2 lub 3 lata. Kiedy potem brat wyszedł ze szkoły i poszliśmy coś zjeść, zobaczył, że części kukurydzy już nie było. Żałowałem tego.
Kilka - jakieś 2 lata temu, stałem na tym samym miejscu. Mój brat jest teraz w niebie. Zrobiłbym wszystko, by mu dzisiaj dać tę garść prażonej kukurydzy, lecz już tego nie potrafię. Dlatego więc nigdy nie róbcie nic złego, bo pewnego dnia to się na was zemści.
16
Pamiętam, że kiedy chodziliśmy razem do szkoły, raz przyszła wielka zima, i wszyscy chłopcy jeździli na sankach. My nie mieliśmy sanek, dlatego znaleźliśmy wielki cebrzyk do mycia naczyń i zjeżdżaliśmy w nim z górki. No cóż, nie robiliśmy tego z taką klasą jak pozostali, ale mimo wszystko mogliśmy sobie pozjeżdżać.
Otóż, życie toczyło się dalej. Kiedy byłem młodzieńcem, miałem 14, 15 lat - wiecie jacy są chłopcy w tym wieku. Cóż, chciałem sobie znaleźć dziewczynę. Znalazłem więc pewną młodą dziewczynę, która wydawała mi się bardzo piękna. Sami wiecie, bracia, jak to jest z pierwszą dziewczyną: ma oczy jak gołąbek, zęby jak perły, szyję jak łabędź. Miłujecie je? Po prostu - po prostu chłopiec. Przecież znacie to, bracia, przechodziliście przez to samo. Tak więc mój sąsiad, a właściwie jego syn, w moim wieku, dostał samochód swego ojca, zabraliśmy więc nasze dziewczyny na przejażdżkę. Mieliśmy niewiele pieniędzy, kupiliśmy więc kanapki i colę. I kiedy do nich wróciłem, ku mojemu zdziwieniu, moja piękna młoda dziewczyna paliła papierosa. Coś takiego, nie chciałem nic z tych rzeczy. Moim zdaniem to najpodlejsza rzecz, jaką kobieta może zrobić. Do dzisiaj nie zmieniłem swej opinii.
Wasz przemiły kraj, bardzo wysoko oceniam moralność waszego kraju. Nie widziałem tu niemoralnie ubranej kobiety, ani żadnej, która by paliła papierosa. Miłuję was za to. Nasza Ameryka jest tym skażona. Nigdy tego nie rób, siostro. To bardzo złe...
17
Otóż, kiedy tak popisywała się z tym papierosem, patrzyłem na nią. Wtedy powiedziała: „Chcesz papierosa, Billy?”.
Odpowiedziałem: „Nie, dziękuję. Nie palę”.
Ona na to: „Hm, nie palisz, mówisz, że nie tańczysz i nie chodzisz do teatru. Co ty lubisz robić?”.
„Chodzić na ryby i na polowanie” - odpowiedziałem, ale to ją nie interesowało.
„Weź papierosa” - powiedziała.
Powiedziałem: „Nie”.
A ona powiedziała: „Ty wielki maminsynku”.
W tym samym czasie ćwiczyłem, by stać się bokserem. Wygrałem mistrzostwa w wadze koguciej i miałem iść dalej na mistrzostwa świat, lecz rzuciłem to dla Ewangelii. Powiedziałem jednak: „Daj mi papierosa, a pokażę ci, czy jestem maminsynkiem”. Wziąłem więc papierosa z mocnym postanowieniem, że go zapalę.
18
Kiedy jednak zacząłem go zapalać, usłyszałem, jak coś zaczęło wirować w pobliżu. Znowu przed oczyma stanął mi obraz tego drzewa. Wiedziałem, że Bóg powiedział: „Nigdy nie pal”. Rzuciłem więc papierosa na ziemię i uciekłem stamtąd, pobiegłem w pole i zacząłem płakać. Prosiłem Boga, by pozwolił mi umrzeć. Nikt mnie nie akceptował, nawet moi bliscy. Młodzi ludzie mnie nie chcieli, a więc nikomu nie byłem potrzebny.
Lecz On przyszedł do mnie i powiedział: „Ja dam ci przyjaciół, idź tylko za Mną”. Życie toczyło się dalej. Byłem wtedy bardzo nieśmiały.
W takim razie chyba zastanawiacie się, jak doszło do tego, że się ożeniłem. Pewnego - pewnego dnia spotkałem uroczą dziewczynę. Była pochodzenia niemieckiego i była chrześcijanką. Zacząłem z nią utrzymywać kontakt. Otóż, zwróćcie na moment uwagę, pragnę, żebyście zrozumieli tę część. Potem zostałem chrześcijaninem. Chodziłem z dziewczyną, a po jakimś czasie pobraliśmy się.
19
Nie mieliśmy nic z dóbr tego świata, ale mieliśmy siebie nawzajem. W dniu naszego ślubu mieliśmy stary piec, stare łóżko i mały stary stół. Lecz kochaliśmy się i to było najważniejsze. Ciężko pracowałem na jej utrzymanie. Po jakimś czasie Bóg dał nam małego chłopca, mojego małego Billy Paula. A potem przyszła na świat dziewczynka.
Kiedy po jakimś czasie jechałem z Michigan, spotkałem grupę wierzących. Nazywano ich zielonoświątkowcami. Ja byłem już kaznodzieją kościoła baptystycznego. Kiedy jednak usłyszałem tych ludzi, stwierdziłem, że są szczęśliwi i radośni. Zastanawiałem się, dlaczego byli tacy szczęśliwi. Nigdy wcześniej nie słyszałem o takiej religii. Zatrzymałem się, by ich posłuchać, i wysłuchałem ich kazania. Zostałem przez cały wieczór. Następnego dnia poprosili mnie, bym wygłosił u nich kazanie. Wstałem i zacząłem głosić, i wiele setek ludzi przyszło do Chrystusa. Wtedy wokół mnie zebrali się kaznodzieje i zapytali: „Jesteś baptystą?”.
„Tak” - odpowiedziałem.
Powiedzieli: „Odwiedź nas i głoś u nas Słowo”.
20
Zapisałem sobie więc te wszystkie zaproszenia i pojechałem szybko do żony. Kiedy wyszła mi na powitanie, opowiedziałem jej o tych szczęśliwych ludziach. Powiedziała: „Och, Billy, chciałabym dożyć czegoś takiego. Jak to oni nazywają?”.
„Mówili, że to chrzest Ducha Świętego” - powiedziałem, dodając: „Znajdźmy w ten sposób Jezusa”. Zrobiliśmy to i oboje otrzymaliśmy to błogosławieństwo. Planowałem więc, że wyjadę i zajmę się pracą ewangelizacyjną.
Poszliśmy powiedzieć o tym rodzicom. Otóż, jej matka była wytworną kobietą, należała do wielkiego kościoła. Ona powiedziała: „Billy, ci ludzie to nic tylko śmiecie. Nie mają żadnej wartości. Trzymaj się od nich z dala. Nie chcę, żeby moja córka się z nimi zadawała”.
Powiedziałem: „Och, ale oni są autentyczni”.
Powiedziała: „Nie. Nie”.
Powiedziałem: „Wierzę, że takimi są”. Żona zaczęła płakać. I właśnie wtedy zrobiłem fatalny błąd.
21
Otóż, od tej chwili... Słuchajcie. Posłuchałem swojej teściowej zamiast Boga, zostawiłem ten kościół i wróciłem do baptystów. Natychmiast plagi spadły na mój dom. Moja żona zachorowała, ojciec umarł mi na rękach, brat został zabity. A wszystko to wydarzyło się dosłownie w kilka dni. Przyszła wielka powódź i zmyła domy z powierzchni ziemi. Moja żona była w szpitalu. Ja byłem w oddziałach ratunkowych ze swoją łodzią. Kiedy wypłynąłem pewnego wieczoru, moją łódkę porwał prąd i znosił ją w kierunku wielkiego wodospadu. Nie mogłem zapalić silnika, dlatego podniosłem ręce do góry i powiedziałem: „O, Boże, nie pozwól na to, żebym utonął. Nie jestem godny żyć, lecz weź wzgląd na moją żonę i małe dziecko”.
Spróbowałem znowu, lecz silnik nie chciał zapalić, dlatego znowu zawołałem do Boga. A wtedy, kiedy za moment wpadłbym w ten wodospad, silnik zapalił i dotarłem do brzegu.
22
Zacząłem szukać mojej żony. Kiedy dotarłem do szpitala, okazało się, że był pod wodą. Woda przerwała zaporę i wdarła się wielkim strumieniem. Zadawałem sobie pytanie: Gdzie moja żona i dziecko? Natrafiłem na ludzi... (Przerwa w nagraniu — wyd.) zobaczyć, czy ktoś nie utonął, lecz ewakuowano ich pociągiem. Znalazłem się sam na wyspie. Bóg dał mi możliwość - zastanowienia się czy to właściwe nazywać ludzi śmieciami, czy nie. Powiedziałem: „Boże, wiem, że zachowałem się niewłaściwie. Nie pozwól na to, by zginęła moja żona”.
Po kilku tygodniach, kiedy opadła woda, znalazłem ją prawie nieżywą. Zachorowała na gruźlicę, oboje dzieci były chore. A ja kochałem swoją żonę. Biegałem po budynku, by ją znaleźć. Wołałem ją. W końcu zobaczyłem ją leżącą na polowym łóżku w obozie dla ewakuowanych ludzi. Miała głęboko zapadnięte oczy. Podniosła ręce, które były bardzo wychudłe. Zacząłem płakać. Wtedy ona powiedziała: „Och, Bill, tak mi przykro, że tak wyglądam”. Wziąłem ją w objęcia i zacząłem płakać.
Powiedziałem: „Kochana, tak mi przykro, że jesteś tak bardzo chora”.
Lekarz dotknął mnie w plecy i powiedział: „Kaznodziejo Branham, proszę na chwilkę”.
Powiedział: „Kaznodziejo Branham, pańska żona umiera. Nie ma dla niej ratunku”. Powiedziałem: „Ależ z pewnością musi być jakaś możliwość, doktorze”. Zacząłem wzywać specjalistów, którzy przyszli, lecz nic nie można było zrobić. Zrobiliśmy wszystko, o czym wiedzieliśmy. Było z nią ciągle coraz gorzej.
23
Kiedy pewnego dnia byłem na patrolu... W tym czasie byłem także gajowym, bo nie wierzyłem w zbieranie pieniędzy od ludzi, dlatego sam pracowałem na swoje utrzymanie. Włączyłem radio, gdzie powiedziano: „Wzywa się Wielebnego Branhama do szpitala, pańska żona umiera”. Zdjąłem kapelusz, odpiąłem broń, zdjąłem odznakę, podniosłem do Boga ręce i powiedziałem: „Boże, pozwól jej żyć, dopóki się tam nie dostanę”. Włączyłem syrenę i ruszyłem drogą. Zatrzymałem się przed szpitalem i pobiegłem po schodach do góry.
Spotkałem swojego lekarza, mojego przyjaciela. Przyjaźniliśmy się od dzieciństwa. Odwiedzaliśmy się. Ma tam dużą klinikę. Objął mnie i powiedział: „Billy, ona odchodzi”. Powiedziałem: „Czy nie zechcesz wejść ze mną z powrotem do pokoju, doktorze?”.
Odpowiedział: „Nie potrafię. Hope (bo tak moja żona miała na imię) - powiedział - miłuję ją jak własną siostrę. Nie potrafię tam znowu wejść. Będę się modlił, a ty wejdź do środka”.
24
Ruszyłem do środka, a kiedy zamknąłem za sobą drzwi, w pokoju tym była moja urocza żona, piękna kobieta, prawdziwa chrześcijanka, matka moich dzieci, ktoś najdroższy dla mnie na tej ziemi. Miała bardzo zapadnięte policzki, wyglądała jak martwa. Potrząsnąłem ją ręką. Powiedziałem: „Hope, odezwij się raz jeszcze. Proszę cię, kochanie. O, Boże, o, Boże, pozwól jej jeszcze raz się odezwać. Tak bardzo ją kocham. Czy nie pozwolisz mi z nią porozmawiać choć jeszcze tylko jeden raz?”. Wtedy otworzyła oczy. O, nigdy tego nie zapomnę. Popatrzyła na mnie i usiłowała wyciągnąć do mnie swe ręce. Schyliłem się do niej. Powiedziała: „Och, Billy, tak bardzo cię kocham. Billy, ja odchodzę, i pragnę, żebyś był dobrym chłopcem”. Miała 21 lat. Miała 21 lat. Ja miałem 23.
Powiedziała: „Pamiętasz, jak mówiliśmy o Duchu Świętym?”. Powiedziała: „Billy, wiesz, że nie powinieneś był słuchać mamy”.
25
Och, powiedziałem: „Hope, gdybym tylko mógł to jeszcze raz przeżyć”. Wiedzieliśmy, że zrobiliśmy błąd. Wtedy ona powiedziała: „Obiecaj mi Billy, że będziesz głosił to Poselstwo aż do swojej śmierci, ponieważ to jest prawda. Byłam w Chwale. Widziałam Pana Jezusa i aniołów”. Och, powiedziała: „To coś cudownego. Muszę tam wracać. Nie myśl, że straciłam zmysły, bo tak nie jest. Lecz wiem, o czym mówię. Czy mi obiecasz, że będziesz głosił chrzest Ducha Świętego dopóki nie odejdziesz z tej ziemi?”.
„Obiecuję” - powiedziałem.
Powiedziała: „Ja...”. Powiedziała: „Zaopiekuj się dobrze dziećmi. Troszcz się o Billego”. (Przerwa w nagraniu — wyd.) ...pocałowała mnie i powiedziała: „Odchodzę”.
26
Powiedziałem: „Kochana, w czasie zmartwychwstania, stań po wschodniej stronie bramy. A kiedy zobaczysz wchodzącego Abrahama, Izaaka, Jakuba, kiedy zobaczysz wchodzących wszystkich świętych, stań tam przy filarze i ciągle wołaj: Bill, Bill. Będę miał ze sobą dzieci i spotkam się tam z tobą”. To jest moje ostatnie spotkanie, na które się umówiłem z moją żoną. Z Bożą pomocą dotrzymam słowa. Ona odeszła do Pana. Zabraliśmy ją do zakładu pogrzebowego.
Potem ktoś przyszedł do mnie i powiedział: „Billy, twoje dziecko też umiera”. Och, powiedziałem: „Nie, to niemożliwe”. I pobiegłem do szpitala, a tam leżało umierające moje małe dziecko. Och, serce mi...
„Droga grzeszników jest przykra”. Pamiętajcie o tym. Jeśli Bóg ciebie woła, nie zatrzymuj się, bez względu na to, co ktoś mówi. Służ Bogu.
27
Położyłem ręce na moim małym dziecku i powiedziałem: „Boże, proszę, nie zabieraj mi dziecka. Pozwól jej żyć”. Była moją małą ulubienicą nie mogłem znieść widoku jej śmierci. Lecz wydawało mi się, że zsunęła się jakaś czarna zasłona. Wtedy wstałem, położyłem rękę na jej głowę, a drugą rękę podniosłem do Boga, i powiedziałem: „Boże, żałuję, że tak postąpiłem. Przebacz mi i proszę zachowaj me dziecko tutaj ze mną. Ja ją kocham. Tam leży jej martwa matka. Nie zabieraj mi jeszcze dziecka. Obiecuję Ci, że będę głosił Słowo Boże. Nie dbam o to, co mówi świat”. Moje serce było rozdarte, lecz wiedziałem, że muszę zebrać to, co zasiałem. Jeszcze raz położyłem rękę na dziecku i powiedziałem: „Boże, nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie”. A wtedy przyszli aniołowie i ją zabrali. Och, moje serce...
28
Wyszedłem stamtąd i nie wiedziałem, co mam robić. Położyłem ją w ramiona jej matki i złożyłem ją w grobie. Po paru latach w czasie Wielkanocy zabrałem swojego małego - swojego Billy Paula i kwiatuszek na ten grób, poszliśmy tam wcześnie rano. Kiedy ten mały chłopiec podszedł do grobu, zdjęliśmy nasze nakrycia głowy, wtedy on zaczął płakać. Złapał mnie za rękę i powiedział: „Tatusiu, byłeś dla mnie zarówno matką i ojcem. Czy moja mama jest tam w ziemi?”.
Powiedziałem: „Nie, synu. Hen za rzeką, jej dusza jest przed obliczem Bożym, a także dusza twojej małej siostrzyczki. A w Jerozolimie jest jeden pusty grób. A ona była w Chrystusie, dlatego także i ona pewnego poranka powstanie z martwych”. Tuliłem go do siebie, a ten mały chłopczyk płakał. Wtedy powiedziałem: „Mój drogi, tatuś musi głosić Ewangelię. Przechodzę przez wiele prześladowań, lecz pewnego dnia, ty i ja, spotkamy mamusię w pokoju u Boga”. Położyliśmy kwiatek na grobie i odeszliśmy stamtąd.
29
Kiedy ona umarła - kiedy ona umarła, pochowałem ją, lecz nie mogłem sobie z tym poradzić. Przeżyłem widok jej śmierci, nie potrafiłem jednak przeżyć widoku śmierci tego małego dziecka. Dlaczego to małe dziecko musiało umierać? Pracowałem, chciałem spłacić długi. Mieszkałem w małej ruderze, która miała tylko jeden pokój i małe stare łóżko. W nocy podłogę pokrywał szron. Kiedy przyszedłem jednego wieczoru do domu, otworzyłem pocztę, w której był list do panny Sharon Rose Branham. Och! Zakłuło mnie w sercu. Uklęknąłem i zacząłem się modlić. Powiedziałem: „Ojcze, nie mogę już tego znieść. Ja po prostu nie potrafię żyć. Moje dziecko, moja żona, co mam robić?”.
30
A wtedy, będąc gajowym (gajowym, strażnikiem leśnym), wziąłem broń, odciągnąłem kurek, przyłożyłem ją do głowy, podniosłem rękę i powiedziałem: „O, Boże, to straszne, że jestem tchórzem, ale ja już tego dłużej nie wytrzymam. Tracę zmysły. Muszę odebrać sobie życie”. Pociągnąłem za spust, lecz broń nie wypaliła. Pociągnąłem jeszcze raz, lecz nie wystrzeliła. Otworzyłem bębenek i był załadowany nabojami. Wtedy skierowałem broń w powietrze i pociągnąłem za spust, i broń wystrzeliła. Odrzuciłem broń. Powiedziałem: „Och, Boże, nawet nie potrafię pozbawić się życia. Martwiłem się. Kochałem je. I ja - zacząłem już majaczyć. A wtedy przyszedł na mnie głęboki sen.
31
Otóż posłuchajcie tego, jaka jest Boża miłość. Zdawało mi się, że gdzieś idę, idę pieszo na Zachód. Był to oczywiście sen. Wydawało mi się, że widzę stary wóz z odłamanym kołem, co przedstawiało moją rozerwaną rodzinę. Zobaczyłem stojącą koło tego koła piękną dziewczynę, z pięknymi oczami. Mijając ją, jak to jest w zwyczaju w Zachodniej Ameryce wobec kobiet, uchyliłem kapelusza i powiedziałem: „Dzień dobry”.
Odpowiedziała: „Cześć, tato”.
Odwróciłem się i zapytałem: „Pani nazwała mnie tatą”.
Powiedziała: „Bo nim jesteś”.
Och, powiedziałem: „To niemożliwe, bo pani ma tyle lat co ja”.
Ona na to: „Ojcze, tu w niebie nie starzejemy się. Jesteśmy nieśmiertelnymi”.
„Kim pani jest?” - zapytałem.
Powiedziała: „Na ziemi byłam twoją małą Sharon Rose”.
Och, powiedziałem: „To z pewnością niemożliwe”. Powiedziała: „Gdzie jest mój brat, Billy Paul?”.
„Nie wiem” - odpowiedziałem.
Ona powiedziała: „Tato, mama czeka na ciebie”.
„Mama?” - zapytałem - „Gdzie jest mama?”.
Odpowiedziała: „W niebie w twoim nowym domu”.
Powiedziałem: „W domu?”. Branhamowie nie mają domów, jesteśmy biedni.
Ona powiedziała: „Ale tutaj, tatusiu, masz dom”.
32
Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem tam przepiękny dom. Chrześcijanie, właśnie tam są dzisiaj me skarby. Tam jest mój dom. Właśnie tam są moje nadzieje. Patrzyłem na ten wielki, piękny dom. Moja rodzina to biedni ludzie. Dlatego powiedziałem: „My nie posiadamy takich rzeczy”.
Ona powiedziała: „Ależ tak, on należy do ciebie, a tam czeka na ciebie mama”.
Ruszyłem więc drogą do góry z podniesionymi rękami, śpiewając: „Mój dom, słodki dom”. I oto na spotkanie wyszła mi moja żona, zobaczyłem jej piękne, czarne włosy i czarne oczy. Wyciągnęła do mnie ręce, by mnie przyjąć, tak jak zawsze to czyniła. Podbiegłem do niej, chwyciłem ją za rękę i pocałowałem ją w rękę, i uklęknąłem. Powiedziałem: „Och, Hope, ta osoba tam na dole to nasza mała Sharon Rose? Jak piękną się stała dziewczyną”.
Wtedy ona objęła mnie i powiedziała: „Billy, jesteś taki zmęczony. Tak bardzo głosiłeś i modliłeś się za chorych”. Wcześniej nie modliłem się za chorych. Powiedziała: „Obserwowałam ciebie. Czy nie zechciałbyś usiąść?”.
„Tak” - powiedziałem.
Patrzyła na mnie, jak się rozglądam i zobaczyłem tam wielki fotel. Popatrzyłem na ten fotel, a ona popatrzyła znowu na mnie. Powiedziała: „Wiem, o czym myślisz”.
33
Kiedy się pobraliśmy, mieliśmy bardzo mało mebli. Chcieliśmy kupić fotel. Spłacaliśmy go w ratach. Och, bardzo lubiłem ten fotel. Kiedy byłem bardzo zmęczony po głoszeniu Słowa Bożego, siadałem wygodnie w tym fotelu. Znalazłem się jednak w takiej sytuacji, że nie potrafiłem już spłacać rat, dlatego przyszli po ten fotel i zabrali go. Oboje po prostu płakaliśmy, bo nie mogliśmy spłacić tego fotela.
Lecz ona spojrzała na mnie i powiedziała: „Billy, po ten fotel nikt już nie przyjdzie. Ten jest już spłacony”. Wiem, że kiedyś...
Pewna kobieta zapytała mnie swego czasu: „Bracie Branham, kiedy ty w ogóle odpoczywasz?”.
„Nigdy” - odpowiedziałem. „Ale kiedyś odpocznę, kiedy przejdę na drugą stronę. Mam tam dom. Mam tam żonę. A ponad wszystko - mam tam Zbawiciela”.
34
Jeśli kiedyś, wy obywatele Szwajcarii usłyszycie, że brat Branham odszedł do domu, nie płaczcie, lecz radujcie się, bo odejdę do lepszego domu, gdzie już nigdy nie będę zmęczony. Nie chcę płakać jak małe dziecko. Lecz gdybyście wiedzieli przez ile bólów serca i innych rzeczy musiałem przejść, by głosić ludziom tę Ewangelię, zrozumielibyście wtedy, dlaczego płaczę.
Pragnę oglądać ludzi dożywających zbawienia. Mam krytyków. Lecz mimo to miłuję ich. Chcę, żeby i oni zostali zbawieni. Muszę głosić Ewangelię.
Pewnego dnia nadejdzie koniec. Nie jestem już chłopcem, mam 46 lat. Nie wiem, ile czasu mi jeszcze pozostało. Lecz z Bożą pomocą, będę stał na Jego Słowie i mówił prawdę, i głosił Ewangelię, aż przyjdzie Jezus lub uwolni mnie śmierć. Wtedy odejdę do domu, aby otrzymać koronę, bo jest korona dla ciebie i dla mnie. Będziemy się modlić.
35
(Brat Branham płacze — wyd.) O, Boże, przebacz mi, Panie, że tutaj płaczę na Twoim zgromadzeniu. Kiedy jednak myślę o swej przeszłości, o swojej ukochanej miłej żonie, która przeszła na drugą stronę, kiedy myślę o wszystkich błędach, które zrobiłem, słuchając kaznodziejów zamiast Ciebie - wstydzę się za siebie. O Boże, pomóż mi dalej głosić autentyczną prawdę. Byłeś dla mnie tak dobrym, a ja byłem taki zły. Chcę jednak to naprawić, mówiąc innym o tym, jak prawdziwym jesteś Przyjacielem. O tym, jak przyszedłeś do mnie, kiedy nie miałem żadnego przyjaciela, o Boże, i Ty dałeś mi przyjaciół. Och, jestem za to tak wdzięczny, Ojcze. Oto jesteśmy tutaj, bardzo daleko od ojczyzny. Wracam dzisiaj myślami do tego miejsca na pagórku, gdzie na grobie leży mały bukiet róż. Pewnego dnia, jeśli będziesz zwlekał, zostanę tam także pochowany.
36
Będę wtedy musiał spotkać się z tymi, Ojcze, do których głosiłem. O Ojcze, ci mili Szwajcarzy, Niemcy, Francuzi i wszyscy dookoła - są to Twoje dzieci. O Boże, proszę, żebyś ich błogosławił i zbawił ich od grzechu. Niechby wzięli sobie do serca moje błędy i nie robili tego samego. Lecz niechby ominęli wszystkie te złe rzeczy. Zechciej to uczynić, Panie? Zbaw każdego, każdego. Boże, przebacz nawet tym, którzy prześladują. Niechby Twój Duch miłości spoczął na tym narodzie. O, Boże, jesteśmy tylko ludźmi i robimy tak dużo błędów. Okaż nam miłosierdzie, Boże, i zbaw wszystkich zgubionych, dla imienia Jezusa.
Kiedy macie pochylone głowy, zastanawiam się... To moje biedne żałosne życie, lecz pewnego dnia mnie tu już nie będzie. Odejdę do domu. Czy jesteś chrześcijaninem? Czy przyjąłeś Pana Jezusa jako swojego Zbawiciela? Czy miłujesz Go naprawdę? Jeśli nie, lecz chciałbyś... Zwracam się również do was, którzy nie dostali się na salę. Czy chcielibyście przyjąć Chrystusa? Czy chciałbyś, czy chciałbyś z całego serca Go miłować? Jeśli tak, wszyscy, którzy dzisiaj chcą Mu wierzyć i powiedzieć: „Bracie Branham, kiedy skończy się moje życie, ja też pragnę przejść na drugą stronę tej rzeki i chcę spotkać tam Jezusa. Chciałbym też usiąść tam z tobą i twoją żoną tam po drugiej stronie”.
37
Jeśli miłujecie Pana, i chcecie Go teraz przyjąć, by narodzić się na nowo i zostać napełnionymi Duchem Świętem, czy zechcielibyście podnieść rękę? Niech was Bóg błogosławi. Aż tam w górze na balkonach, po obydwu stronach, a także na zewnątrz przed budynkiem - niech Bóg będzie z wami. Och, nie macie pojęcia, co to powoduje w moim sercu. Niech was Bóg błogosławi. Jeśli wierzycie, że Bóg odpowiada na moje modlitwy, pokazuje mi widzenia i przyjmujecie mnie jako Jego sługę - czy zechcenie na chwilkę powstać, wszyscy, którzy pragną przyjąć Chrystusa, aby narodzić się na nowo. Coś takiego...
Czy zechcecie pochylić głowy?
38
O, Boże, popatrz na tych zgromadzonych ludzi. Zmiłuj się Ojcze. Przepraszam, ż jestem zupełnie rozbity. Lecz Boże, bądź miłościw dla tych ludzi i zbaw każdego z nich. Tych, którzy stoją i tych, którzy nie mogą powstać - niechby wszyscy doszli w pokoju do Chwały. Niechby wszyscy przyjęli Ducha Świętego. Modlimy się w imieniu Jezusa Chrystusa. Amen.
Zwracam się do was stojących, czy przyjmujecie Jezusa? Powiedzcie: „Amen”. (Zgromadzeni mówią: „Amen” — wyd.) Odwróćcie się i podajcie rękę ludziom obok was, mówiąc: „Chwała Panu”. Odwróć się do kogoś obok ciebie. Podaj im rękę.
39
Niech was Bóg błogosławi. Niech Bóg będzie z wami. Niech Boży pokój spocznie na was. Och, miłuję was. Nie, nie straciłem zmysłów. Miłuję was. Tak bardzo się cieszę widząc, że przyjmujecie Chrystusa. Wszyscy, którzy są szczęśliwi, niech powiedzą: „Amen”. (Zgromadzeni mówią: „Amen” — wyd.) Chwała Panu („Chwała Panu”). Alleluja („Alleluja!”).
A teraz niech wszyscy chorzy podniosą do góry rękę i proszą Boga o uzdrowienie. O, Boże, w imieniu Jezusa, uzdrów każdego chorego, dla swojej chwały, Panie. Powierzam ich w Twoje ręce, w imieniu Jezusa Chrystusa.